Miesiąc: Luty 2017

Fotografia okiem wspinacza

Autoportret – teraz mawiają na to selfie 😉

Autoportret – teraz mawiają na to selfie 😉

Urodzony w analogowych latach 80-tych, większość życia spędziłem jednak w erze cyfrowej i właśnie z tej ery pochodzą moje pierwsze wspinaczkowe doświadczenia z fotografią.
Na początek proponuję małą podróż w czasie. Mamy rok 2005, a ja jako 16-letni członek Agamy wybrałem się razem z sekcją na wakacje do francuskiego Ailefroide. Rodzice chyba darzyli mnie sporym zaufaniem, bo do wyjazdowej wyprawki dołączyli mi swojego świeżo zakupionego, cyfrowego Olympusa. Pomysł rewelacyjny, jednak szybko się okazało, że na mojej (całkiem pojemnej jak na tamte czasy) 128mb karcie pamięci zmieści się mniej więcej tyle samo zdjęć co megabajtów. Sto trzydzieści zdjęć na trzy tygodnie wyjazdu?! Teraz byłoby to nie do pomyślenia, nawet z telefonem w roli aparatu, jednak wtedy zaowocowało to czymś co po dziś dzień uważam za swoją najlepszą fotorelację z tripa i jeśli miałbym kogoś zapraszać na pokaz slajdów, to folder Ailefroide05 prezentowałoby mi się najłatwiej.

Ailefroide 2005, prawie wszyscy z tego zdjęcia nadal się wspinają!

Ailefroide 2005, prawie wszyscy z tego zdjęcia nadal się wspinają!

Trochę odbiegłem od tematu tego tekstu, powyższa historia miała jednak na celu ukazanie Wam jednej z ważniejszych rzeczy w fotografii, nie tylko tej wspinaczkowej. Chodzi o dbanie o każdy kadr. Oczywiście, zarówno 16letni jak i obecny Stefan mógł sobie strzelić kilka ujęć danego fotografowanego obiektu, a później metodą eliminacji wybrać najlepszy i jest to niewątpliwie jedna z największych zalet fotografii cyfrowej. Wierzcie mi jednak na słowo, że jeśli przed każdym wciśnięciem spustu migawki wyobrazicie sobie, że efekt swojej pracy zobaczycie dopiero po wywołaniu kliszy, to zastanowicie się trzy razy czy aby na pewno dane ujęcie chcecie złapać tak a nie inaczej, co z pewnością przełoży się na wyższą jakość finalnego dzieła.

2013 rok, Góra Zborów – czasem warto też być w odpowiednim miejscu i czasie

2013 rok, Góra Zborów – czasem warto też być w odpowiednim miejscu i czasie

Zostawmy jednak za sobą ten przydługi wstęp i przejdźmy do rzeczy. Zostałem w końcu poproszony o opisanie pracy fotografa-wspinacza (kolejność losowa ;]) na wyjazdach w skały. Jeśli czytacie ten tekst od początku to pewnie już się zorientowaliście, że nie podchodzę do tematu sztampowo. Nie znajdziecie tutaj złotych porad jak zrobić zdjęcie na okładkę „Gór”, „BUKI” czy na profilowe na fejsie. Najważniejszą poradę zamieściłem we wstępie, a dalej skupię się raczej na ukazaniu mojej pracy od kuchni.

Ta sama skała (Dziewica) ale z drugiej strony. W akcji Arek Smaga.

Ta sama skała (Dziewica) ale z drugiej strony. W akcji Arek Smaga.

Opis klasycznego dnia zacznę od tego co najgorsze – podejścia. Jako klasyczny wspinacz sportowy, wychowany na zasadach prawdziwego warszawskiego samuraja Remiego (nadal dzierży najwyższą Warszawską cyfrę, więc jest od kogo się uczyć) staram się kumulować życiową energię na wspinanie, a nie trwonić ją na inne aktywności jak np. bieganie czy podejścia. Dlatego też w Ceuse byłem tylko raz i tylko 4dni i dlatego cierpię podwójnie każdego dnia dźwigając cały foto sprzęt pod skałę. Nie mogę jednak dopuścić do sytuacji, że umknie mi kadr życia, więc aparat mam zawsze ze sobą! Do tego małpa, taśmy, czasem druga lina itp., wiadomo. Kiedyś zdarzyło mi się nawet zabierać dodatkowe ciuchy dla „modela” w razie gdyby pojawił się w niewyjściowych 😉

Dwójka moich ulubionych modeli – Ewcia i Konrad :]

Dwójka moich ulubionych modeli – Ewcia i Konrad :]

Kolejna kwestia – małpowanie. Jak wiadomo im wyżej jesteście (Ty i wspinacz) tym lepiej, przynajmniej zazwyczaj. I tutaj pojawia się częsty dylemat fotografa. Czy zrobić średnie fotki z tej krótkiej drogi/ dolnego cruxa, czy raczej stracić nogi, chęć do życia i czas na wstawkę na pałowanie 40metrów w poszukiwaniu ujęcia idealnego. Nie wspominając już o czasie spędzonym we wżynającej się w uda i biodra uprzęży. Dodatkowo nie raz spotkałem się z sytuacją gdy wspinacz hacząc drogę do miejsca przeze mnie wyznaczonego, nie był w stanie porobić sekwencji mimo, że całość przeszedł w ciągu nie dalej jak dwa dni temu. I wtedy czekamy, a krew z nóg powoli odpływa i to słońce świeci tak mocno… Na domiar złego jakiś upalony Hiszpan, wykrzykuje na dole że mu blokujemy projekt, a jechał na niego z domu aż półtorej godziny. No nic, drugi raz tu nie wylezę, więc ignorując narwańca i jego szczekającego psa staram się w pozycji klucza wiolinowego – z głową do dołu, biodrem zatartym o tufę i nogą podhaczoną o ekspres z drogi obok – znaleźć idealną pozycję do tego jedynego kadru.

Julka na zdjęciu z zeszłych wakacji, a za obiektywem ja wisząc do góry nogami…

Julka na zdjęciu z zeszłych wakacji, a za obiektywem ja wisząc do góry nogami…

Ostatecznie ogłaszam sukces, zjeżdżam na ziemię i po 15min przerwie na odzyskanie czucia w nogach zabieram się powoli za powrót do baru na obiecane mi za zdjęcia zimne piwo – w końcu wspinać się już nie dam rady. Sesja skończona, pozostaje jeszcze tylko spędzić 5godzin w „cyfrowej ciemni” zastanawiając się czy balans bieli na skali od 1 do 10k ustawić na 3250 czy 3255 i owoce pracy gotowe. Wysyłam je do modela i w duchu liczę, że po trafieniu do internetów zostaną przynajmniej podpisane…

Na szczęście nie zawsze trzeba gdzieś małpować żeby ustrzelić dobry kadr. Na zdjęciu Kipras Baltrunas w finale warszawskich zawodów Bloco Masters 2016.

Na szczęście nie zawsze trzeba gdzieś małpować żeby ustrzelić dobry kadr. Na zdjęciu Kipras Baltrunas w finale warszawskich zawodów Bloco Masters 2016.

Na koniec, zrywając już z lekko satyryczną konwencją, chciałbym bardzo podziękować wszystkim tym, którzy zgodzili się zostać uwiecznionymi na moich zdjęciach. Wiem, że i dla was nie rzadko wiązało się to z dużym wysiłkiem, ale mam nadzieję, że było warto. Do zobaczenia na następnych wyjazdach!

P.S.
Powyższy artykuł ukazał się w styczniu tego roku na łamach Crag Magazine.

Reklamy

Diabelskie Schronisko

Minus 4 stopnie, lampa, trochę śniegu. Idealny warun na nart… tfu! Na zimowy bouldering!

The Zachar na rozgrzewce

The Zachar na rozgrzewce

Wiadomo, jak jest ciepło to każdy potrafi, więc w ramach testowania odporności na ból, postanowiliśmy sprawdzić czy należymy do tych co potrafią jak jest zimno. Jak powiedział tak zrobił i w sobotni poranek zamiast pić herbatę przed telewizorem, wraz z czterema zapaleńcami ruszyliśmy do światowej sławy miejscówki – Diabelskiego Schroniska (aka Nora) w jurajskich Kusiętach.

Zachar i Lucyfer 1/2

Zachar i Lucyfer 1/2

Jak już się pewnie domyślacie było wspaniale ;] No dobra, dość zimno, ale przy odpowiedniej rozgrzewce i docieplaniu pomiędzy wstawkami udało mi się urobić m.in Lucyfera za 7C i poczynić poważne próby na trudniejszych propozycjach rejonu. O ile pogoda pozwoli to jeszcze przed wyjazdem do Blo (zostało 17dni!!!) uda mi się wrócić i dokończyć projekty (zgłoszenia na wyjazd w komentarzach).

Lucyfer 7C, fot. Grzesiek Gawryszewski

Lucyfer 7C, fot. Grzesiek Gawryszewski

Na miejscu znajdujemy "intrygujące" formacje lodu...

Na miejscu znajdujemy „intrygujące” formacje z lodu…

Tymczasem zapraszam na krótką filmową relację z wypadu (w tym przejście Egzekutora 7B+) autorstwa wzrastającej gwiazdy polskiej kinematografii, nieocenionego Grzesia Gawryszewskiego i jego świeżo powstałego studia filmowego „Blinks and Crimps”!

2016 – Krótkie podsumowanie

W minionym, 2016 roku działo się dla mnie naprawdę sporo. Były zarówno wzloty, jak i upadki, ale na szczęście to te pierwsze zdominowały moje wspinanie :]. Sezon toczy się dla mnie non stop i ciężko pierwszy dzień stycznia określić jego początkiem. Jest to jednak niewątpliwie początek nowego roku i tego dnia zdecydowanie nie przespałem. Klasycznie jeszcze kilka dni przed Sylwestrem wybrałem się do Słoweńskiego Ospu, gdzie dokładnie w Nowy Rok udało mi się wpiąć do łańcucha 35-metrowego 8b+ – Kaj Ti Je Deklica. Dobry prognostyk na dalszą część roku!

Rozgrzewka w Ospie. fot. Konrad Boczyński

Rozgrzewka w Ospie. fot. Konrad Boczyński

Niedługo po powrocie z Ospu wystartowałem w największych polskich zawodach bulderowych – Bloco Masters, gdzie udało mi się załapać do pierwszej dwudziestki, co przy mocno międzynarodowej stawce uznaję za całkiem zadowalający wynik. Panel panelem, ale w końcu mamy zimę czyli sezon na kamienie! Jako przygotowanie pod zbliżający się wyjazd do Fontainebleau przechodzę ciężkowicki klasyk za 7C+ – Odyseję Dotyku. Rodzimy piaskowiec ewidentnie przełożył się na Bleau gdzie podczas tygodniowego wspinania pokonuję 3 x 7C i 5 x 7C+. Plan zrealizowany! Poniżej filmowe przypomnienie tego wyjazdu, a już za 3 tygodnie powtórka!

Wiosna to jeszcze szybki start w Pucharze Polski w Bulderingu we Wrocławiu, pierwsze powtórzenie Królowej Południa VI.6+ na Okienniku i majówkowy wyjazd na Frankenjurę. Wyjazd dość krótki, ale obfitujący w sporo średnio-trudnych linii, na czele z Planem B za 8b.

Plan B, fot. Maciek Ostrowski

Plan B, fot. Maciek Ostrowski

Specyficzne chwyty na Franken przełożyły się niestety na poważne przeciążenie palca, które niedługo później próbowałem podleczyć wyjazdem do magicznego i legendarnego czeskiego rejonu – Labaka. Jak powszechnie wiadomo wyceny w Labaku nie mają żadnego przełożenia na „normalne” wyceny, więc napiszę jedynie, że pokonanie dwóch IXc OS i Xa RP uznaję za osobisty sukces. Szczególnie, że panowały straszne upały!

Ach ten Labak! Na zdjęciu napieram po mega klasyku - Zub Czasu, fot. Konrad Boczyńśki

Ach ten Labak! Na zdjęciu napieram po mega klasyku – Zub Czasu, fot. Konrad Boczyńśki

Labak nie wywołał cudownego ozdrowienia, więc dopiero 3tyg później melduję się na topie mega wymagającej, świeżej linii Jastrzębnika – Mroczne Widmo za VI.6/6+, autorstwa Waldka Podhajnego.

Ach ta Jura! Wspin na Dużym Pochylcu w obiektywie Maćka Ostrowskiego

Ach ta Jura! Wspin na Dużym Pochylcu w obiektywie Maćka Ostrowskiego

W końcu przyszło lato i klasycznie miesiąc w Rodellar. Pogoda dopisuje pod koniec sierpnia wracam ze sporym koszykiem przejść na czele z Floridą 8c (pierwsze 8c na weście!!!), Ixeią 8b+ i dwiema 8a OS.

Wszędzie tufy! Rozgrzewka w Rode, fot Zuzia

Wszędzie tufy! Rozgrzewka w Rode, fot Zuzia

Wrzesień to okres odbudowywania utraconej w Hiszpanii siły, zakończony sukcesem na Fumarze (Fumar Perjudica VI.7). Miały być dwie VI.7 w ten sam weekend, a niestety skończyło się na jednym i kontuzji :(. Nie pomógł nawet rehabilitacyjny, urodzinowy wyjazd do greckiego Leonidio i w listopadzie zmuszony byłem odpuścić treningi na 2tygodnie, a ostre wspinanie na sporo dłużej.  Zgodnie z zasadą „co cię nie zabije to cię wzmocni” rozpocząłem więc intensywną rehabilitację i zabiegi fizykoterapii. Efekt? Pisząc te słowa jestem już po grudniowym starcie w Pucharze Polski w Bulderingu  i bardzo udanym sylwestrowym wyjeździe do Ospu. Kontuzjowany palec zdaje się szybko wracać do zdrowia, a ja po całkiem udanym 2016 roku już planuję kolejne, coraz trudniejsze cele na obecny, 2017!

img_6475_6

Fumar Periudica, fot. Maciek Ostrowski

 

Bloco razy dwa

Po krótkiej zimowej przerwie nadrabiam zaległości na blogu. Na początek świeża galeria z sobotniego Bloco Masters i bonusowo nieco mniejszy zbiór kadrów z grudniowych Mistrzostw Polski, także na Bloco.
Moje starty na obu powyższych imprezach zakończyły się w pierwszej dwudziestce i przyznam szczerze, że mimo iż nie jest to wyśrubowany wynik, to patrzę na niego z (nie)małą satysfakcją. Może dlatego, że w grudniu zamiast na starcie w MP skupiałem się raczej na budowaniu formy pod sylwestrowy wyjazd do Ospu, a po powrocie ledwo zdążyłem wskoczyć na campus i już było Bloco Masters 😉 W każdym razie zapraszam do oglądania zdjęć i zaglądania na bloga, bo niedługo pojawi się trochę więcej tekstu!

Bloco Masters:

Mistrzostwa Polski w Bulderingu 2016: