Autor: Stefan

Wściekłe Psy

„Dawaj na Bloco, w skałach będzie lało” – ciężko było opędzić się od tych słów przed minionym weekendem. Na szczęście sceptycy byli w błędzie, bo Podlesice powitały nas przyjemną temperaturą i przebijającym się przez chmury słońcem. Słowem – warun idealny!

Nie ukrywam, że wybór Góry Zborów nie był przypadkowy, a plan na sobotę dość prosty – Wściekłe Psy VI.6+. Droga padła w trzeciej próbie dnia, w klasycznym Madejowym stylu – „telepało go od początku ale urobił”.  Jako, że to przejście wiele dla mnie znaczy postanowiłem lekko rozwinąć całą historię…

Wściekłe Psy - fot. Maciek Ostrowski

Wściekłe Psy – fot. Maciek Ostrowski

Wściekłe Psy na Turni nad Kaskadami to wielki klasyk Podlesic i najtrudniejsza droga Góry Zborów (wraz z kombinacją Pawła Wyrwy – Kill Bill). Autorem tej mocno bulderowej linii jest nie kto inny jak słynny autor i pogromca takich klasyków jak Tyranozaurus Rex i Sportland na MściwojaKuba Rozbicki. Droga powstała w 2001 roku, czyli mniej więcej wtedy gdy zaczynałem się wspinać. Nie małe wrażenie zrobiło na mnie 5 lat później pokonanie drogi przez Ziółka, a wiszące niegdyś na banerze podlesickiego sklepu zdjęcie pamiętam do dziś. Zresztą wspomniane fotki Wojtka Barczyńskiego możecie jeszcze znaleźć tu(klik).

Wściekłe Psy i Kuba Ziółkowski - fot Wojtek Barczyński, 2006 rok

Wściekłe Psy i Kuba Ziółkowski – fot Wojtek Barczyński, 2006 rok

Nadszedł rok 2013 (mniej więcej), a ja postanowiłem sprawdzić czy mam czego szukać na owianej legendą drodze. Wystarczyła jedna wstawka. Nie miałem. Psy wydały mi się znacznie trudniejsze niż pokonany tego roku Sportland, a plany przejścia musiałem odłożyć na przyszłość. Po dwóch latach wróciłem silniejszy i znowu jedna wstawka. Nie. Tym razem dwie, bo może byłem niedogrzany ;] I znowu porażka. I jak już się domyślacie, 2 lata później (czyli w zeszłą sobotę) postanowiłem wybadać temat ponownie i… przełom! Od razu sklejam wszystkie ruchy, bulder zacykany, pora wrócić za tydzień.

Sportland Na Mściowoja, Psy idą dokładnie 2 metry w prawo - fot. Wojtek Ryczer, 2013r

Sportland Na Mściowoja, Psy idą dokładnie 2 metry w prawo – fot. Wojtek Ryczer, 2013r

Dalszą część tej przydługiej historii już znacie. W ostatecznym rozrachunku na Wściekłych Psach miałem zaledwie kilka prób, nie więcej niż na Sportlandzie i Hipnofotofilii (też VI.6+ i też Kuby!!!), ale przygoda trwała wiele lat, dzięki czemu sukces smakuje naprawdę doskonale. No i mam już na koncie całą tetralogię Rozbickiego. Dzięki Kuba za te drogi!

Robert Pietkiewicz na Pajączkach

Robert Pietkiewicz na Pajączkach

Niedziela to już mniej ekstremalne wspinanie na Kołoczku. W szybkim RP rozprawiam się z Aguirre – Gniew Boży, dziwną drogą – trawersem za VI.5+ (hard). Aha i gratki dla Robercika za stylowe przejście Pajączków!

Robert Pietkiewicz na Pajączkach

Robert Pietkiewicz na Pajączkach

Na dobry początek – Jura!

Czyż to nie było najpiękniejsze rozpoczęcie jurajskiego sezonu ever?! Piękne słońce, lekki wiaterek, nie za gorąco, mnóstwo znajomych w skałach, darmowe ciasto w Trafo, tłumy przy ogniskach, mała kolejka w Kroczycach, no po prostu idealnie!

<3

Sobotę, zgodnie z dyrektywami Uukochanej spędziliśmy „gdzieś gdzie można się wygrzać”, czyli na starej dobrej Górze Zborów. Jak się okazało ze względu na pogodę, pomysł ten był dość szalony, ale o dziwo razem z nami wpadło na niego pół Warszawy.

Cygańskie obozowisko

Cygańskie obozowisko

Michał Przybyło walczy z Grekiem Korbą

Michał Przybyło walczy z Grekiem Korbą

Inauguracyjna droga? Powrót do pierwszych wspinaczkowych kroków i Nikodemówka! Zapomniałem jak ładne może być rzymskie pięć! Po dogrzewce zachęcony słowami jurajskiego mistrza Jajanka oraz pięknym przejściem flash w wykonaniu nie mniejszego wygi Grześka Napory, uderzam na świeżutką drogę tego pierwszego (tuż obok Idą Łysi). Wściekłe Pięści Węża powstały tydzień temu i oscylują wokół cyferki VI.4+. Jak to zwykle bywa z drogami Jajanka, także i ta oferuje bardzo ciekawe, nietypowe dla Jury wspinanie. Zdecydowanie polecam!

Janek Sokołowski i jego

Janek Sokołowski i jego „Wściekłe Pięści Węża” VI.4+

Plecy opalone, drogi porobione i nawet jakieś projekty otwarte. Zawijka do trafo i na ognisko. Niedzielę zaczynamy dość wcześnie, bo w planach premierowa wizyta na Goncerzycy, a tam podobno nie da się trafić. Wspierani zdobyczami współczesnej techniki, podłączeni do satelitów, szczęśliwie kładziemy kres tym plotkom i dość sprawnie lądujemy pod imponującym trzydziestometrowym masywem. Na niektórych drogach przydałaby się stalowa szczota (mchy), ale największe klasyki mają tutaj zdecydowanie pięć gwiazdek!

Reductio ad absurdum VI.4 na Goncerzycy, fot. Maciek Ostrowski

Reductio ad absurdum VI.4 na Goncerzycy, fot. Maciek Ostrowski

Na koniec wpadamy jeszcze na Grochowiec, gdzie kolejny raz przekonuję się o wielkiej klasie Tańca ze Słoniem. To tyle, do zobaczenia za tydzień!

Tydzień w raju

„Tydzień w raju” –  jeśli przed wyjazdem ktoś by mi zaproponował taki tytuł wpisu o wyjeździe do Bleau, to pewnie bym go na poważnie rozważył. Niestety, raj z definicji nie znajduje się na ziemi, więc i nasz eden musiał w końcu pokazać swoją ludzką, ułomną stronę.

Deszcz w raju

Deszcz w raju

A miało być tak pięknie… Wyjazd jak co rok w tym samym terminie, ekipa ta sama, kwaterka ta sama i tylko forma mam nadzieję lepsza. Aha, liczyłem też na to, że pogoda będzie ta sama… Niestety, na dzień dobry wita nas deszcz i brak perspektyw na poprawę w najbliższych dniach. Co tu robić? Załamać się? Rzucać talerzami? Czytać książki? Jechać do Paryża? Cwiczyć Jogę? Kontemplować bezsmogowe powietrze? Niektóre z tych pomysłów byłyby pewnie niezłe gdyby nie to, że zabraliśmy ze sobą… Playstation 😀 Heeeellll yeaaahh!

Tak, rzutnik też :D

Tak, rzutnik też 😀

No dobra, po trzech dniach wiemy już, że Ibrahimovic jest przechujem, Indie najlepszą jednogwiazdkową drużyną, Grzesiek mistrzem Fify, a Maciek lubi łamać nogi. Co gorsza, przestało padać i trzeba się ruszyć w skały. No trudno, bandażujemy obolałe kciuki i ciśniemy z nadzieją, że jednak nic nie wyschło.

Excusez-moi, kto ostatni do Big Goldena?

Excusez-moi, kto ostatni do Big Goldena?

Na miejscu niespodzianka, a nawet dwie – niespotykany tłum ludzi i niespotykanie sucha skała. Chwile nam zajmuje wyrwanie się z wywołanego trzema dobami z konsolą letargu i nieśmiało przystępujemy do wspinania. Kolejne piątki padają jak muchy, szóstki już nie, siódemki znowu tak i ósemki także nie. Niczym wiersze a b a b. Ostatecznie, nie do końca spełnieni, ale na pewno zmęczeni, kończymy przed zmrokiem co by jeszcze skóry na jutro zostało.

Pilot drona

Pilot drona

W środę przezornie nie odpalamy „plejaka” i czym prędzej ruszamy w skały, a tam niespodzianka. Po bezdeszczowej dobie, nieznane nam zjawisko meteorologiczne doprowadziło do absolutnej katastrofy warunowej. Mówiąc wprost – kamienie zamieniły się w nasiąknięte gąbki. To co? Niemal jednogłośnie ustaliliśmy – Wiedźmin!

Pierwszy wspin

Pierwszy wspin

Po kolejnych dwóch dniach, kilku kilogramach sera, litrach wina i dziesiątkach godzin przed ekranem, niedoszły raj wpuszcza nas ponownie w swe progi. Efekt? Moje pierwsze 8A w Bleau – Big Golden Assis. Spełniony wracam do Gita(to nie więzień tylko taka francuska kwaterka) i odpalam konsolę. W sobotę budzi nas słońce i znowu trzeba się (w)spinać. Z lekką nieśmiałością uderzam na główny cel wyjazdu, zapatentowane rok wcześniej Opium. Warun sprzyja i po półtorej godziny, przeszczęśliwy melduję się na topie drugiego 8A. A niedziela? Cóż, pełna lampa, odczuwalna koło 30, powyżej 7A nie wyleziesz, więc po lekkim rozruchu pakujemy majdan i wracamy do Polski.

Opium, klatka z filmu by Grzesiek

Opium, klatka z filmu by Grzesiek

Niby lało, niby tylko trzy z zaplanowanych sześciu dni wspinania, a jednak jak ktoś pyta jak było to mam ochotę krzyknąć „zajebiście”! Może tak właśnie wygląda raj na ziemi? :]

Backstreet's back, alright!

Backstreet’s back, alright!

P.S.

Coś tam nakręciliśmy, więc za jakiś czas spodziewajcie się superprodukcji 😉

Fotografia okiem wspinacza

Autoportret – teraz mawiają na to selfie 😉

Autoportret – teraz mawiają na to selfie 😉

Urodzony w analogowych latach 80-tych, większość życia spędziłem jednak w erze cyfrowej i właśnie z tej ery pochodzą moje pierwsze wspinaczkowe doświadczenia z fotografią.
Na początek proponuję małą podróż w czasie. Mamy rok 2005, a ja jako 16-letni członek Agamy wybrałem się razem z sekcją na wakacje do francuskiego Ailefroide. Rodzice chyba darzyli mnie sporym zaufaniem, bo do wyjazdowej wyprawki dołączyli mi swojego świeżo zakupionego, cyfrowego Olympusa. Pomysł rewelacyjny, jednak szybko się okazało, że na mojej (całkiem pojemnej jak na tamte czasy) 128mb karcie pamięci zmieści się mniej więcej tyle samo zdjęć co megabajtów. Sto trzydzieści zdjęć na trzy tygodnie wyjazdu?! Teraz byłoby to nie do pomyślenia, nawet z telefonem w roli aparatu, jednak wtedy zaowocowało to czymś co po dziś dzień uważam za swoją najlepszą fotorelację z tripa i jeśli miałbym kogoś zapraszać na pokaz slajdów, to folder Ailefroide05 prezentowałoby mi się najłatwiej.

Ailefroide 2005, prawie wszyscy z tego zdjęcia nadal się wspinają!

Ailefroide 2005, prawie wszyscy z tego zdjęcia nadal się wspinają!

Trochę odbiegłem od tematu tego tekstu, powyższa historia miała jednak na celu ukazanie Wam jednej z ważniejszych rzeczy w fotografii, nie tylko tej wspinaczkowej. Chodzi o dbanie o każdy kadr. Oczywiście, zarówno 16letni jak i obecny Stefan mógł sobie strzelić kilka ujęć danego fotografowanego obiektu, a później metodą eliminacji wybrać najlepszy i jest to niewątpliwie jedna z największych zalet fotografii cyfrowej. Wierzcie mi jednak na słowo, że jeśli przed każdym wciśnięciem spustu migawki wyobrazicie sobie, że efekt swojej pracy zobaczycie dopiero po wywołaniu kliszy, to zastanowicie się trzy razy czy aby na pewno dane ujęcie chcecie złapać tak a nie inaczej, co z pewnością przełoży się na wyższą jakość finalnego dzieła.

2013 rok, Góra Zborów – czasem warto też być w odpowiednim miejscu i czasie

2013 rok, Góra Zborów – czasem warto też być w odpowiednim miejscu i czasie

Zostawmy jednak za sobą ten przydługi wstęp i przejdźmy do rzeczy. Zostałem w końcu poproszony o opisanie pracy fotografa-wspinacza (kolejność losowa ;]) na wyjazdach w skały. Jeśli czytacie ten tekst od początku to pewnie już się zorientowaliście, że nie podchodzę do tematu sztampowo. Nie znajdziecie tutaj złotych porad jak zrobić zdjęcie na okładkę „Gór”, „BUKI” czy na profilowe na fejsie. Najważniejszą poradę zamieściłem we wstępie, a dalej skupię się raczej na ukazaniu mojej pracy od kuchni.

Ta sama skała (Dziewica) ale z drugiej strony. W akcji Arek Smaga.

Ta sama skała (Dziewica) ale z drugiej strony. W akcji Arek Smaga.

Opis klasycznego dnia zacznę od tego co najgorsze – podejścia. Jako klasyczny wspinacz sportowy, wychowany na zasadach prawdziwego warszawskiego samuraja Remiego (nadal dzierży najwyższą Warszawską cyfrę, więc jest od kogo się uczyć) staram się kumulować życiową energię na wspinanie, a nie trwonić ją na inne aktywności jak np. bieganie czy podejścia. Dlatego też w Ceuse byłem tylko raz i tylko 4dni i dlatego cierpię podwójnie każdego dnia dźwigając cały foto sprzęt pod skałę. Nie mogę jednak dopuścić do sytuacji, że umknie mi kadr życia, więc aparat mam zawsze ze sobą! Do tego małpa, taśmy, czasem druga lina itp., wiadomo. Kiedyś zdarzyło mi się nawet zabierać dodatkowe ciuchy dla „modela” w razie gdyby pojawił się w niewyjściowych 😉

Dwójka moich ulubionych modeli – Ewcia i Konrad :]

Dwójka moich ulubionych modeli – Ewcia i Konrad :]

Kolejna kwestia – małpowanie. Jak wiadomo im wyżej jesteście (Ty i wspinacz) tym lepiej, przynajmniej zazwyczaj. I tutaj pojawia się częsty dylemat fotografa. Czy zrobić średnie fotki z tej krótkiej drogi/ dolnego cruxa, czy raczej stracić nogi, chęć do życia i czas na wstawkę na pałowanie 40metrów w poszukiwaniu ujęcia idealnego. Nie wspominając już o czasie spędzonym we wżynającej się w uda i biodra uprzęży. Dodatkowo nie raz spotkałem się z sytuacją gdy wspinacz hacząc drogę do miejsca przeze mnie wyznaczonego, nie był w stanie porobić sekwencji mimo, że całość przeszedł w ciągu nie dalej jak dwa dni temu. I wtedy czekamy, a krew z nóg powoli odpływa i to słońce świeci tak mocno… Na domiar złego jakiś upalony Hiszpan, wykrzykuje na dole że mu blokujemy projekt, a jechał na niego z domu aż półtorej godziny. No nic, drugi raz tu nie wylezę, więc ignorując narwańca i jego szczekającego psa staram się w pozycji klucza wiolinowego – z głową do dołu, biodrem zatartym o tufę i nogą podhaczoną o ekspres z drogi obok – znaleźć idealną pozycję do tego jedynego kadru.

Julka na zdjęciu z zeszłych wakacji, a za obiektywem ja wisząc do góry nogami…

Julka na zdjęciu z zeszłych wakacji, a za obiektywem ja wisząc do góry nogami…

Ostatecznie ogłaszam sukces, zjeżdżam na ziemię i po 15min przerwie na odzyskanie czucia w nogach zabieram się powoli za powrót do baru na obiecane mi za zdjęcia zimne piwo – w końcu wspinać się już nie dam rady. Sesja skończona, pozostaje jeszcze tylko spędzić 5godzin w „cyfrowej ciemni” zastanawiając się czy balans bieli na skali od 1 do 10k ustawić na 3250 czy 3255 i owoce pracy gotowe. Wysyłam je do modela i w duchu liczę, że po trafieniu do internetów zostaną przynajmniej podpisane…

Na szczęście nie zawsze trzeba gdzieś małpować żeby ustrzelić dobry kadr. Na zdjęciu Kipras Baltrunas w finale warszawskich zawodów Bloco Masters 2016.

Na szczęście nie zawsze trzeba gdzieś małpować żeby ustrzelić dobry kadr. Na zdjęciu Kipras Baltrunas w finale warszawskich zawodów Bloco Masters 2016.

Na koniec, zrywając już z lekko satyryczną konwencją, chciałbym bardzo podziękować wszystkim tym, którzy zgodzili się zostać uwiecznionymi na moich zdjęciach. Wiem, że i dla was nie rzadko wiązało się to z dużym wysiłkiem, ale mam nadzieję, że było warto. Do zobaczenia na następnych wyjazdach!

P.S.
Powyższy artykuł ukazał się w styczniu tego roku na łamach Crag Magazine.

Diabelskie Schronisko

Minus 4 stopnie, lampa, trochę śniegu. Idealny warun na nart… tfu! Na zimowy bouldering!

The Zachar na rozgrzewce

The Zachar na rozgrzewce

Wiadomo, jak jest ciepło to każdy potrafi, więc w ramach testowania odporności na ból, postanowiliśmy sprawdzić czy należymy do tych co potrafią jak jest zimno. Jak powiedział tak zrobił i w sobotni poranek zamiast pić herbatę przed telewizorem, wraz z czterema zapaleńcami ruszyliśmy do światowej sławy miejscówki – Diabelskiego Schroniska (aka Nora) w jurajskich Kusiętach.

Zachar i Lucyfer 1/2

Zachar i Lucyfer 1/2

Jak już się pewnie domyślacie było wspaniale ;] No dobra, dość zimno, ale przy odpowiedniej rozgrzewce i docieplaniu pomiędzy wstawkami udało mi się urobić m.in Lucyfera za 7C i poczynić poważne próby na trudniejszych propozycjach rejonu. O ile pogoda pozwoli to jeszcze przed wyjazdem do Blo (zostało 17dni!!!) uda mi się wrócić i dokończyć projekty (zgłoszenia na wyjazd w komentarzach).

Lucyfer 7C, fot. Grzesiek Gawryszewski

Lucyfer 7C, fot. Grzesiek Gawryszewski

Na miejscu znajdujemy "intrygujące" formacje lodu...

Na miejscu znajdujemy „intrygujące” formacje z lodu…

Tymczasem zapraszam na krótką filmową relację z wypadu (w tym przejście Egzekutora 7B+) autorstwa wzrastającej gwiazdy polskiej kinematografii, nieocenionego Grzesia Gawryszewskiego i jego świeżo powstałego studia filmowego „Blinks and Crimps”!

2016 – Krótkie podsumowanie

W minionym, 2016 roku działo się dla mnie naprawdę sporo. Były zarówno wzloty, jak i upadki, ale na szczęście to te pierwsze zdominowały moje wspinanie :]. Sezon toczy się dla mnie non stop i ciężko pierwszy dzień stycznia określić jego początkiem. Jest to jednak niewątpliwie początek nowego roku i tego dnia zdecydowanie nie przespałem. Klasycznie jeszcze kilka dni przed Sylwestrem wybrałem się do Słoweńskiego Ospu, gdzie dokładnie w Nowy Rok udało mi się wpiąć do łańcucha 35-metrowego 8b+ – Kaj Ti Je Deklica. Dobry prognostyk na dalszą część roku!

Rozgrzewka w Ospie. fot. Konrad Boczyński

Rozgrzewka w Ospie. fot. Konrad Boczyński

Niedługo po powrocie z Ospu wystartowałem w największych polskich zawodach bulderowych – Bloco Masters, gdzie udało mi się załapać do pierwszej dwudziestki, co przy mocno międzynarodowej stawce uznaję za całkiem zadowalający wynik. Panel panelem, ale w końcu mamy zimę czyli sezon na kamienie! Jako przygotowanie pod zbliżający się wyjazd do Fontainebleau przechodzę ciężkowicki klasyk za 7C+ – Odyseję Dotyku. Rodzimy piaskowiec ewidentnie przełożył się na Bleau gdzie podczas tygodniowego wspinania pokonuję 3 x 7C i 5 x 7C+. Plan zrealizowany! Poniżej filmowe przypomnienie tego wyjazdu, a już za 3 tygodnie powtórka!

Wiosna to jeszcze szybki start w Pucharze Polski w Bulderingu we Wrocławiu, pierwsze powtórzenie Królowej Południa VI.6+ na Okienniku i majówkowy wyjazd na Frankenjurę. Wyjazd dość krótki, ale obfitujący w sporo średnio-trudnych linii, na czele z Planem B za 8b.

Plan B, fot. Maciek Ostrowski

Plan B, fot. Maciek Ostrowski

Specyficzne chwyty na Franken przełożyły się niestety na poważne przeciążenie palca, które niedługo później próbowałem podleczyć wyjazdem do magicznego i legendarnego czeskiego rejonu – Labaka. Jak powszechnie wiadomo wyceny w Labaku nie mają żadnego przełożenia na „normalne” wyceny, więc napiszę jedynie, że pokonanie dwóch IXc OS i Xa RP uznaję za osobisty sukces. Szczególnie, że panowały straszne upały!

Ach ten Labak! Na zdjęciu napieram po mega klasyku - Zub Czasu, fot. Konrad Boczyńśki

Ach ten Labak! Na zdjęciu napieram po mega klasyku – Zub Czasu, fot. Konrad Boczyńśki

Labak nie wywołał cudownego ozdrowienia, więc dopiero 3tyg później melduję się na topie mega wymagającej, świeżej linii Jastrzębnika – Mroczne Widmo za VI.6/6+, autorstwa Waldka Podhajnego.

Ach ta Jura! Wspin na Dużym Pochylcu w obiektywie Maćka Ostrowskiego

Ach ta Jura! Wspin na Dużym Pochylcu w obiektywie Maćka Ostrowskiego

W końcu przyszło lato i klasycznie miesiąc w Rodellar. Pogoda dopisuje pod koniec sierpnia wracam ze sporym koszykiem przejść na czele z Floridą 8c (pierwsze 8c na weście!!!), Ixeią 8b+ i dwiema 8a OS.

Wszędzie tufy! Rozgrzewka w Rode, fot Zuzia

Wszędzie tufy! Rozgrzewka w Rode, fot Zuzia

Wrzesień to okres odbudowywania utraconej w Hiszpanii siły, zakończony sukcesem na Fumarze (Fumar Perjudica VI.7). Miały być dwie VI.7 w ten sam weekend, a niestety skończyło się na jednym i kontuzji :(. Nie pomógł nawet rehabilitacyjny, urodzinowy wyjazd do greckiego Leonidio i w listopadzie zmuszony byłem odpuścić treningi na 2tygodnie, a ostre wspinanie na sporo dłużej.  Zgodnie z zasadą „co cię nie zabije to cię wzmocni” rozpocząłem więc intensywną rehabilitację i zabiegi fizykoterapii. Efekt? Pisząc te słowa jestem już po grudniowym starcie w Pucharze Polski w Bulderingu  i bardzo udanym sylwestrowym wyjeździe do Ospu. Kontuzjowany palec zdaje się szybko wracać do zdrowia, a ja po całkiem udanym 2016 roku już planuję kolejne, coraz trudniejsze cele na obecny, 2017!

img_6475_6

Fumar Periudica, fot. Maciek Ostrowski

 

Bloco razy dwa

Po krótkiej zimowej przerwie nadrabiam zaległości na blogu. Na początek świeża galeria z sobotniego Bloco Masters i bonusowo nieco mniejszy zbiór kadrów z grudniowych Mistrzostw Polski, także na Bloco.
Moje starty na obu powyższych imprezach zakończyły się w pierwszej dwudziestce i przyznam szczerze, że mimo iż nie jest to wyśrubowany wynik, to patrzę na niego z (nie)małą satysfakcją. Może dlatego, że w grudniu zamiast na starcie w MP skupiałem się raczej na budowaniu formy pod sylwestrowy wyjazd do Ospu, a po powrocie ledwo zdążyłem wskoczyć na campus i już było Bloco Masters 😉 W każdym razie zapraszam do oglądania zdjęć i zaglądania na bloga, bo niedługo pojawi się trochę więcej tekstu!

Bloco Masters:

Mistrzostwa Polski w Bulderingu 2016: