Jastrzębnik

Batalion Skała i o pięknie tego sportu słów kilka…

17 lat wspinania, prawie połowa tego czasu kariery dydaktycznej, niezliczone wyjazdy i ponad 500 dróg od 7b w górę. Te dane pozwalają mi twierdzić, że dość dobrze poznałem mój ukochany sport, a jednak… mimo tego całego doświadczenia, wspinanie ciągle mnie zaskakuje. Czasami jest to jakiś kruczek techniczny, z pozoru nieistotna zmiana pozycji ciała i nagle arcytrudny ruch okazuje się banalny. Innym razem powala mnie niespotykana sekwencja w skale, stworzona tysiące lat temu przez matkę naturę. Nierzadko też zaskakują mnie moi podopieczni, w końcu analiza ich wspinania zajmuje mi więcej czasu niż zgłębianie własnych poczynań. Od jakiegoś czasu największe wrażenie robi na mnie jednak mnogość powiązań pomiędzy ciałem, a mózgiem wspinacza. A ujmując całe te rozterki w jednym zdaniu napisałbym, że zagłębiam się nad poszukiwaniem (utraconego?) wspinaczkowego flow.

Batalion Skała, fot. Maciek Ostrowski

Batalion Skała, fot. Maciek Ostrowski

Brzmi to może dość akademicko, ale nie bójcie się, nie będzie to przydługi, nudnawy tekst. No dobra, na pewno nie będzie przydługi, bo nudnawy to nie wiem. W każdym razie wracając do tytułu i ostatnich dni chciałbym się pochwalić przejściem dwóch trudnych dla mnie dróg. W zeszłą sobotę padło Przebudzenie Mocy na Jastrzębniku (VI.6+), a przedwczoraj uporałem się z dłuższym projektem na Pochylcu – tytułowym VI.7. Nie same drogi są jednak tematem tego wpisu, a bardziej mentalna walka, którą mimo sobotniego sukcesu, dzień później niestety przegrałem. Dla wyjaśnienia moich zawiłych przemyśleń przytoczę tu wydarzenie sprzed kilku tygodni. Otóż jakiś czas temu miałem przyjemność trochę poruszać się po baldach na Murallu, gdzie spotkałem się z iście mistrzowskim (Mechanior i Olo) komentarzem podczas mojej próby na jednej z przystawek.

m – Zobacz jak go telepie, nie zrobi

o – Zrobi, on ma taki styl…

Ewcia tuż po tym jak odnalazła flow i wciągnęła Odlot Proroka za VI.5 :)

Ewcia tuż po tym jak odnalazła flow i wciągnęła Odlot Proroka za VI.5 🙂

Ten styl – „telepie go, ale idzie” –  tak można by pokrótce opisać moje najbardziej niespodziewane sukcesy na drogach, sukcesy podczas których łapałem ów tajemniczy flow. Później niestety przyszły czasy filmików na instagramie, Alexa Megosa i Janka Hojera i gdzieś zacząłem zatracać ową umiejętność wspinania na 110%. Przecież ważniejsze jest, żeby pokazać zapas… Aż w końcu, w zeszłą sobotę wylądowałem na Jastrzębniku i zabrałem się za prowadzenie Przebudzenia Mocy. Oczywiście z zapasem. Doszło nawet do tego, że podczas wstawki chciałem poinformować asekurantkę o tym jak to czuję się wypoczęty. Na szczęście tego nie zrobiłem, bo mój lot poprzedzony poślizgnięciem się pod stanem byłby bardziej komiczny niż tragiczny. Sztuka pokonania całej drogi udała mi się jednak w następnej próbie, linię zrobiłem z zapasem i jedynie lekko nabitymi przedramionami. Niby fajnie, niestety na niedzielę zaplanowałem to samo na Pochylcu, co skończyło się czterokrotnym kopnięciem gąski w dupę. I wtedy do mnie dotarło…

Typowa rozrywka pod Pochylcem - wyścigi ślimaków

Typowa rozrywka pod Pochylcem – wyścigi ślimaków

Końca całej historii zapewne się już domyślacie. Po dogłębnym rachunku sumienia i psychoanalizie, z lekką pomocą słabego warunu („tak kontrolnie się wstawię, bo wszystko jedzie”), udało mi się uciszyć demona nakazującego „pokazywanie zapasu” i wpiąć do stanu mojego siódmego VI.7 – Batalionu Skała. Kluczem do zrozumienia tematu okazało się uświadomienie sobie, że ten pokaz siły nie był przeznaczony dla kolegów pod skałą, tylko dla samego siebie, by stłumić strach przed porażką.

I na koniec Tadek Kieniewicz na Onyksie za VI.5+

I na koniec Tadek Kieniewicz na Onyksie za VI.5+

P.S.
Flow oczywiście porusza dużo więcej kwestii niż wspomniana powyżej, ale o tym pisali już mądrzejsi ode mnie :).

Mroczne Widmo

Przyszło lato, a z nim standardowy okres ograniczenia jurajskiej działalności. Żar leje się z nieba, skóra kończy się już na rozgrzewce, napuchnięte stopy nie wytrzymują w ciasnych butach, a chwyty sprawiają wrażenie posmarowanych masłem. Nie ma się więc co dziwić, że trudne jurajskie linie mogą w tym czasie odsapnąć od polerowania szczotkami, wcierania gumy i pacania magnezją.

Wczorajszej burzy nie uchwyciłem, więc w zamian wstawiam kadr z Sycylii :P

Wczorajszej burzy nie uchwyciłem, więc w zamian wstawiam kadr z Sycylii 😛

Jak od każdej reguły jednak, także i tutaj znajdzie się wyjątek. Istnieje bowiem grupa śmiałków, którzy mimo niekorzystnych warunków potrafią wykrzesać z siebie 100% i nie zważając na zalewający oczy pot sukcesywnie przedzierają się przez kolejne ekstremy.  Ja niestety do nich nie należę i muszę sobie radzić inaczej. Wczoraj np. wykorzystałem stary dobry patent „na burzę”. Trick o dziwo jest bardzo prosty, a do jego realizacji potrzebujecie jedynie wspomnianej burzy, a w zasadzie tego co następuje tuż przed nią czyli wiatru i obniżonej temperatury. Jedyne wady tego systemu to ryzyko ściągania ekspresów „na mokro”, ale czym że to jest przy smaku wpinanej w stanowisko liny po przejściu sytego projektu!

Tuż po przejściu. Na zdjęciu brakuje Sebastiana Wutke, który niestety nie trafił ze swoją wstawką "przed burzą" ;)

Tuż po przejściu. Na zdjęciu brakuje Sebastiana Wutke, który niestety nie trafił ze swoją wstawką „przed burzą” 😉

Jak już wspomniałem za pomocą techniki „na burzę” udało mi się wczoraj pokonać tytułowe Mroczne Widmo. Jest to otwarta pod koniec 2014 roku droga niezłomnego Waldka Podhajnego, znajdująca się z lewej strony czołowej ściany Jastrzębnika (najlepsza skała na Jurze Płn!). Linia jak na propozycję Waldka przystało oferuje mocno siłowe wspinanie w pionie i lekkim przewieszeniu. Na pierwszy rzut oka wiodąca trawersem w zdawałoby się płytowej formacji nie robi dużego wrażenia. Przy bliższym kontakcie okazuje się jednak, że kompletnie tarciowe stopnie wymuszają zwiększone użycie górnych partii ciała, a zawodnik po wstawce czuje się solidnie „zmielony”. To rzadkość w naszych skałach!

Waldek na Mrocznym Widmie w 2014, fot.arch W. Podhajny

Waldek na Mrocznym Widmie w 2014, fot.arch W. Podhajny

Droga nie poddała się lekko, siedem prób rozłożonych na kilka dni pozwala mi sądzić, że Mroczne Widmo przekracza barierę VI.6 plasując się gdzieś pomiędzy tym, a następnym stopniem naszej krakowskiej skali. Niezależnie od wyceny jest to linia zdecydowanie godna polecenia, tak jak zresztą większość dróg na tej jeszcze nie do końca wyeksplorowanej skale. Waldek szykuje już przedłużenie Widma (+ trudniejszy start), pracuje także nad linią tuż obok Alei Zasłużonych, do tego na przejście czeka nadal zamknięty projekt Przemka Mizery, a także kilka innych potencjalnie możliwych projektów…

Nieodłączna towarzyszka wypraw na Jastrzębnik <3

Nieodłączna towarzyszka wypraw na Jastrzębnik ❤

Jastrzębnik po latach czyli 2x VI.6

Po dwóch „kontrolnych” marcowych wypadach na Jurkę, postanowiłem w końcu sprawdzić czy tysiące kalorii spalanych zimą niemal codziennie, na przepełnionych sklejką, żywicą epoksydową i magnezją warszawskich halach, dały efekt w postaci stalowego szpona. Czy tony żelaza przerzucane na drążku, kilometry przechwytów odbyte na campusie i hektolitry kawy wypite w przyściankowym barze przełożą się tej wiosny na formę? Odpowiedzi zdecydowałem poszukać na najwyższej skale Jury Północnej – Jastrzębniku.

Weekendowa aura

Weekendowa aura

„Sprawdzian formy” zaczynam od wstawienia się w bulder prostujący Aleję Zasłużonych. Dołożenie do tej pięknej płytowej drogi po zaskakująco dobrych chwytach kilko ruchowego problemu w okolicach bulderowego 7B, daje w efekcie VI.6. Aleję robiłem trzy lata temu podczas parodniowej wizyty na Jastrzębniku, wtedy też po raz pierwszy przyjrzałem się prostowaniu.

Patentowanie przebiega obiecująco, po chwili odnajduję dobrą sekwencję jednak ciągle brakuje mi pomysłu na najtrudniejsze sięgnięcie do „ryski”. Na ratunek przybywa Gruszka z Torunia sprzedając mi patent na haczenie pięty. Teraz jeszcze szybkie przypomnienie ruchów na Alei i po przerwie uderzam na całość. Ku mojemu zdziwieniu patenciarski bulder przechodzę bez problemu, jednak walka zaczyna się tuż po wejściu w płytę. Niesiony głośnym dopingiem cudem pokonuję przestrzał do obłej półki i chwilę później zapisuję w kajecie pierwsze w sezonie VI.6 – Fourteen inches of Pain.

2011rok, moje pierwsze VI.6 – Dyskopatia, a tuż za nią, niewidoczny na zdjęciu Robot Obibok. Fot. Magda Nadolna

2011rok, moje pierwsze VI.6 – Dyskopatia, a tuż za nią, niewidoczny na zdjęciu Robot Obibok. Fot. Magda Nadolna

No dobra, to co teraz? I znowu z pomocą przychodzi Gruszka proponując wstawkę w dość młodą propozycję Jastrzębnika – Robot obibok. Wspólnie z Maćkiem rozpatentowujemy linię, która mimo swojej długości oferuje bardzo bulderowe wspinanie, a mianowicie 6 sytych ruchów w przewieszeniu. Przechwyty trudne, ale nie aż tak, przed wstawką rodzi się w głowie myśl – a może przewalczę? Myśli zamieniam w czyny i nie do końca wierząc w to co się stało melduję się na stanowisku kolejnej VI.6, po raz pierwszy w drugiej próbie!

W niedzielę demokratycznie zdecydowaliśmy wybrać się na Kołoczek. Rozluźnienie po sobotnich sukcesach i niezregenerowana skóra przełożyły się jedynie na lekkie rozpoznanie pewnej klasycznej propozycji rejonu. Co z tego będzie? Czas pokaże, niestety najbliższy wolny termin wyjazdu na jurajskie wojaże to dopiero końcówka maja, a wtedy o warunie z minionego weekendu będzie można tylko pomarzyć…

Projekty, projekty…

Projekty, projekty…

Spora ilość pracy w ostatnich tygodniach uniemożliwiła mi też wzmiankę o akademickich sukcesach i nie chodzi tu bynajmniej o piątkę w indeksie 😉 Mimo obronionego już tytułu magistra czułem się zobowiązany utrzymać zamieszczony w dziale O mnie status „wieczny student” i po zimowej rekrutacji, jako pełnoprawny uczeń wystartowałem z ramienia UW w Akademickich Mistrzostwach Polski w Lublinie. Efekt? W kategorii Uniwersytetów zgarnąłem brąz na trudność, srebro na czas(może się przebranżowię 😉 ), a grupowo, razem z chłopakami wywalczyliśmy złoto, szkoda że w generalce zabrakło paru punktów do pudła.

Żniwa AMPów ;]

Żniwa AMPów