Majówka

Margalef – jestem za, a nawet przeciw!

– Gdzie jedziecie na majówkę?

– Do Margalefu, pierwszy raz!

– Co?! To jeszcze tam nie byłeś?!! Jak to możliwe!?

A no nie byłem, a taki mini dialog przeprowadziłem w ostatnich tygodniach naprawdę wiele razy… Cóż tu dużo mówić. Wiosna i jesień to najlepsze na wspinanie w Europie okresy w roku. Nic więc dziwnego, że przez 15 lat zawsze pojawiała się jakaś bliższa, zazwyczaj tańsza, ale i równie kusząca destynacja jak Hiszpania. Zazwyczaj Osp, czasami Franken, Saint Leger, Ceredo, „Kalanki”, Leonidio, Labak, Sycylia, Sardynia, Polska Jura… no dobra, miejscówki nie zawsze były równie kuszące, ale pozostałe dwa warunki raczej spełniały ;].

Wspinanie w sektorze Espadellas

Wspinanie w sektorze Espadellas

Po wielu latach przyszedł jednak czas na pierwszy wspin w Katalonii. A nie, jednak drugi, bo właśnie sprawdziłem, że Terradets też się łapie do tego autonomicznego regionu. W każdym razie pod koniec kwietnia, wraz z ukochaną lądujemy na lotnisku w Barcelonie. Jeszcze tylko klasycznie nocka na terminalu i już możemy odbierać nasze zamówione auto z segmentu „mini”. I tutaj pierwsza niespodzianka. Pani w Europcarze nie może znaleźć kluczyków do naszej fury i w nagrodę daje nam 2 klasy wyższego Seata. Czy ten trip może zacząć się lepiej? Chyba może, po wyjściu z lotniska wita nas wręcz idealna pogoda. Słoneczko, lekka bryza i przyjemne 19 stopni. Najlepiej!

Bolid i mój pilot

Bolid i mój pilot

Taras z widokiem :)

Taras z widokiem 🙂

Dobra, koniec tego przynudzania. Czas na słowo o wspinaniu, bo jest o czym pisać!

Przez 10 wspinaczkowych dni udało nam się zwiedzić całkiem sporo sektorów, zrobić kilkadziesiąt dróg od 6a do 8a+ (moje 8a.nu dla dociekliwych), różniej długości, w różnym przewieszeniu i o zróżnicowanym charakterze. Do tego NIE zrobiliśmy też kilku trudniejszych propozycji (winię za to śródziemnomorską winno – serową dietę ;]), więc bagaż doświadczeń ze wspinania w tym zlepieńcowym rejonie zebrałem całkiem pokaźny. Jak wrażenia? Zacznijmy od wad, żeby na koniec zostało wam pozytywne wrażenie po zaletach. Mnie w każdym razie takie zostało.

Ostra skała i monotonne wspinanie po dziurach. Te dwie cechy mnie tu ewidentnie męczyły. Po niemalże każdej wstawce niezbędna była pomoc cążek, papieru ściernego i tejpa żeby doprowadzić skórę do porządku. Do tego nie raz zamiast walczyć z drogą, musiałem walczyć z bólem skóry i to nie wywołanym pęknięciami czy zdarciem opuszków, a raczej miażdżeniem ciągle tych samych punktów na palcach przez ostre krawędzie dziurek. Monotonne wspinanie to już mniej konkretny zarzut aczkolwiek dla mnie dość poważny. Zdecydowana większość dróg prowadzi tutaj po dziurach i stopniach pracujących od góry. Nie ma oblaków, ścisków, chwytów w plecki, odciągów, rzadko widuje się krawądki, a nogi pomagają mniej więcej tyle co na słynnym Moon Boradzie. Teraz przyznać się, kto na myśl o tym ostatnim pomyślał – „idealnie!”;]. Nie bez przyczyny na początku tego akapitu napisałem o „cechach”, a nie „wadach”, w końcu czyż to nie jeden z piękniejszych elementów wspinania, że każdy może znaleźć coś dla siebie, w swoim stylu? Na koniec tej mocno subiektywnej grupy „cech negatywnych” dorzucę jeszcze jedną – niewielką liczbę długich dróg (kto tym razem?). Cóż mogę poradzić, że większą przyjemność sprawia mi przedrałowanie 40m niż jedynie 20 , a właśnie tej długości jest zdecydowana większość linii w Margalefie.

Leszek podczas wieczornego przejścia Miguel el Casero 7c+

Leszek podczas wieczornego przejścia Miguel el Casero 7c+

Ok, czas na zalety. Tutaj będzie chyba bardziej obiektywnie: ogromna liczba dróg, brak wyślizgu, brak tłumów w skałach, czytelne na onsight drogi, wszystkie wystawy, praktycznie brak podejść, ładne krajobrazy, dwa super tanie campy czy bliskość wielu świetnych rejonów (jakby ktoś miał dość dziurek). Jak widzicie ta grupa jest trochę większa, choć moje „zarzuty” są całkiem poważne i z tego względu nie mogę zaliczyć Margalefu do swojego top 3. Nie zmienia to jednak faktu, że pewnie znalazłby się tuż za nimi, a we wspomnianym top 3 nie mam już zbyt wiele do zrobienia. Podsumowując –  Margalef odwiedzę jeszcze nie raz!

No dobra był jeden chłodny dzień ;)

No dobra był jeden chłodny dzień 😉

Zazwyczaj było jednak wakacyjnie

Zazwyczaj było jednak wakacyjnie

Frankenjura – przystanek w drodze na West

Nie, nie wybieram się do Francji, Hiszpanii czy w inne miejsce, w którym naprawdę bardzo chciałbym się znaleźć. „Przystanek w drodze na West”  to miano, którym okrzyknąłem Frankenjurę. A w zasadzie nie ja tylko od kogoś to zasłyszałem i się przyjęło, bo pasuje jak znalazł.  Zanim jednak pokuszę się o rozwiniecie tematu, w obawie o zbyt subiektywne podejście do sprawy, przytoczę opinie zasłyszane od moich niezastąpionych towarzyszy podróży.

Stromlinie (9), fot. Maciek Ostrowski

Stromlinie (9), fot. Maciek Ostrowski

Na pierwszy ogień dziewczyny. Ewcia zachwycona. Że duże przewieszenia, że dobre stopnie, że krótkie podejścia pod sektory i że najchętniej to by tylko tu jeździła. No chyba, ze bym ją zabierał na 30m ściany z długim podejściem. To wtedy tragedia. Niewiele mniej entuzjastyczne podejście prezentuje Ania, komplementując liczne propozycje z okolic frankońskiego 7. Narzeka tylko na lotne obicie na łatwiejszych drogach i sektory w których są same trudne linie.

Maciek na Dampfhammer (8)

Maciek na Dampfhammer (8)

No dobrze, to teraz pora na Maćka:
„Beznadzieja!!! Przede wszystkim jak te skały wyglądają?! Obrzydlistwo! Zielone, obślizgłe, obok Płyty Wojasa to to nawet nie stało.” Choć niedługo później było też: „Powiem Ci Stefan, że ta Stromlinie to jedna z najpiękniejszych dróg jakie w życiu próbowałem”. Ostatecznie jednak stwierdził, ze na „Okienie” znacznie lepiej.

Plan B (10), fot. Maciek Ostrowski

Plan B (10), fot. Maciek Ostrowski

A moja opinia? Pisząc te słowa zajrzałem do swojego tekstu sprzed dokładnie trzech lat i o ile nadal się pod nim podpisuję (no może poza złą pogodą, bo teraz mieliśmy cały wyjazd full słońca) to dzisiejsze „fakty i mity” byłyby znacznie bardziej rozbudowane. Żeby jednak nie było nudno, tym razem nie wypowiem się tak konkretnie, a za moją opinię niech posłuży połączenie tytułu, powyższych wypowiedzi i opisów kilku najciekawszych dróg, które pokonałem przez ten tydzień:

Ania na Rotkappchen und die 7 Zwergnasen (7)

Ania na Rotkappchen und die 7 Zwergnasen (7)

– Plan B, 10(8b) RP, Zwergenschloss – Najpopularniejsze 8b na Franken co o dziwo nie oznacza sofciarskiej wyceny. Droga ma zaledwie 10 metrów, z czego trudności skumulowane są na trzech ruchach w dachu.

– Ira Technokratie, 9+/10-(8a) RP 2pr, Krottenseer Turn – Droga biegnie wspólnie z historyczną Wallstreet (pierwsze 8c na świecie), by przed trudnościami odbić w bok na znacznie łatwiejszy boulder. Lekkie przewieszenie, małe chwyty, 20metrów wspinania, 4 wpinki.

– Die zwei Muskeltiere, 9+/10- RP 2pr, Soranger – Według 8a.nu najpopularniejsze 8a na Franken co dobrze pokazuje jak powyższy portal może wyprowadzić człowieka w pole. O ile drodze należy się może jedna gwiazdka to cały sektor zrobił na mnie tragiczne wrażenie. 8metrów wysokości, brzydka skała i tłumy.

– Amphibientraverse, 9+/10- RP 3pr, Marientaler Wande – 100% Franken. Duże przewieszenie, duże dziury, 15metrów, godna polecenia.

Krampfhammer (9), fot. Maciek Ostrowski

Krampfhammer (9), fot. Maciek Ostrowski

Chasin’ the trane, 9(7c) OS, Krottenseer Turn – Rewelacyjna! Najpierw klamy w dużym przewieszeniu, potem techniczny crux i nie mniej techniczna końcówka. Jedna z lepszych dróg jakie tu robiłem. Autor: John Bahar, 1981rok

– Krampfhammer, 9 OS, Weissenstein – Klasyk choć szału nie ma. Trudności skumulowane na dole.

– Stromlinie, 9 RP 2pr, Marientaler Wande – Kolejna perełka za 7c. Ok 18m drałowania po klamach w dużym przewieszeniu. Brzmi łatwo ale po zjechaniu potrzebowałem reanimacji.

DSC_5399_1 DSC_5438_1 DSC_5471_1 DSC_5521_1