Wspinanie

Batalion Skała i o pięknie tego sportu słów kilka…

17 lat wspinania, prawie połowa tego czasu kariery dydaktycznej, niezliczone wyjazdy i ponad 500 dróg od 7b w górę. Te dane pozwalają mi twierdzić, że dość dobrze poznałem mój ukochany sport, a jednak… mimo tego całego doświadczenia, wspinanie ciągle mnie zaskakuje. Czasami jest to jakiś kruczek techniczny, z pozoru nieistotna zmiana pozycji ciała i nagle arcytrudny ruch okazuje się banalny. Innym razem powala mnie niespotykana sekwencja w skale, stworzona tysiące lat temu przez matkę naturę. Nierzadko też zaskakują mnie moi podopieczni, w końcu analiza ich wspinania zajmuje mi więcej czasu niż zgłębianie własnych poczynań. Od jakiegoś czasu największe wrażenie robi na mnie jednak mnogość powiązań pomiędzy ciałem, a mózgiem wspinacza. A ujmując całe te rozterki w jednym zdaniu napisałbym, że zagłębiam się nad poszukiwaniem (utraconego?) wspinaczkowego flow.

Batalion Skała, fot. Maciek Ostrowski

Batalion Skała, fot. Maciek Ostrowski

Brzmi to może dość akademicko, ale nie bójcie się, nie będzie to przydługi, nudnawy tekst. No dobra, na pewno nie będzie przydługi, bo nudnawy to nie wiem. W każdym razie wracając do tytułu i ostatnich dni chciałbym się pochwalić przejściem dwóch trudnych dla mnie dróg. W zeszłą sobotę padło Przebudzenie Mocy na Jastrzębniku (VI.6+), a przedwczoraj uporałem się z dłuższym projektem na Pochylcu – tytułowym VI.7. Nie same drogi są jednak tematem tego wpisu, a bardziej mentalna walka, którą mimo sobotniego sukcesu, dzień później niestety przegrałem. Dla wyjaśnienia moich zawiłych przemyśleń przytoczę tu wydarzenie sprzed kilku tygodni. Otóż jakiś czas temu miałem przyjemność trochę poruszać się po baldach na Murallu, gdzie spotkałem się z iście mistrzowskim (Mechanior i Olo) komentarzem podczas mojej próby na jednej z przystawek.

m – Zobacz jak go telepie, nie zrobi

o – Zrobi, on ma taki styl…

Ewcia tuż po tym jak odnalazła flow i wciągnęła Odlot Proroka za VI.5 :)

Ewcia tuż po tym jak odnalazła flow i wciągnęła Odlot Proroka za VI.5 🙂

Ten styl – „telepie go, ale idzie” –  tak można by pokrótce opisać moje najbardziej niespodziewane sukcesy na drogach, sukcesy podczas których łapałem ów tajemniczy flow. Później niestety przyszły czasy filmików na instagramie, Alexa Megosa i Janka Hojera i gdzieś zacząłem zatracać ową umiejętność wspinania na 110%. Przecież ważniejsze jest, żeby pokazać zapas… Aż w końcu, w zeszłą sobotę wylądowałem na Jastrzębniku i zabrałem się za prowadzenie Przebudzenia Mocy. Oczywiście z zapasem. Doszło nawet do tego, że podczas wstawki chciałem poinformować asekurantkę o tym jak to czuję się wypoczęty. Na szczęście tego nie zrobiłem, bo mój lot poprzedzony poślizgnięciem się pod stanem byłby bardziej komiczny niż tragiczny. Sztuka pokonania całej drogi udała mi się jednak w następnej próbie, linię zrobiłem z zapasem i jedynie lekko nabitymi przedramionami. Niby fajnie, niestety na niedzielę zaplanowałem to samo na Pochylcu, co skończyło się czterokrotnym kopnięciem gąski w dupę. I wtedy do mnie dotarło…

Typowa rozrywka pod Pochylcem - wyścigi ślimaków

Typowa rozrywka pod Pochylcem – wyścigi ślimaków

Końca całej historii zapewne się już domyślacie. Po dogłębnym rachunku sumienia i psychoanalizie, z lekką pomocą słabego warunu („tak kontrolnie się wstawię, bo wszystko jedzie”), udało mi się uciszyć demona nakazującego „pokazywanie zapasu” i wpiąć do stanu mojego siódmego VI.7 – Batalionu Skała. Kluczem do zrozumienia tematu okazało się uświadomienie sobie, że ten pokaz siły nie był przeznaczony dla kolegów pod skałą, tylko dla samego siebie, by stłumić strach przed porażką.

I na koniec Tadek Kieniewicz na Onyksie za VI.5+

I na koniec Tadek Kieniewicz na Onyksie za VI.5+

P.S.
Flow oczywiście porusza dużo więcej kwestii niż wspomniana powyżej, ale o tym pisali już mądrzejsi ode mnie :).

Soczysty Sprint i inne…

Ktoś mi kiedyś zwrócił uwagę, że wszystkie sześć siódemki zrobiłem jesienią i miał rację…aż do zeszłej soboty :]. Schemat przełamany, a w kapowniku ląduje tytułowy Soczysty Sprint.

Soczysty Sprint VI.7, fot. M. Ostrowski

Soczysty Sprint VI.7, fot. M. Ostrowski

Droga rozwiązuje środek przewieszenia czołowej ściany Suchego Połcia i oferuje dość niespotykane jak na Jurę wspinanie – pozytywne krawądki w sporym przewieszeniu. Mimo 20 metrów wysokości Soczysty Sprint testuje raczej bulderowe zdolności. Kluczowa sekwencja mieści się w ok. dziesięciu trudnych ruchach, z czego trzy można uznać za ewidentny crux drogi. O włos od prowadzenia byłem już dwa lata temu niestety, w jednej z najlepszych prób uszkodziłem troczek w małym palcu i wstawki odpuściłem na ponad półtora roku.

Powrót nastąpił jeszcze przed zawodami w Łodzi. „Kontrolne” wstawki dały mi do zrozumienia, że jedyne czego potrzebuję do sukcesu to odpowiednia pogoda. Warunek nie tak łatwy do zrealizowania w niemal letnim sezonie. Na miejscu melduję się dwa tygodnie później. Pogoda sprzyja, choć widmo deszczu ciężko zwisa nad głowami. Na rozgrzewkę powtarzam Onyks, później wieszam ekspresy i w pierwszych kroplach deszczu zaczynam wstawkę. Niestety, zabrakło skupienia i po chwili jestem z powrotem na ziemi. Na następną próbę nie ma już szans, droga zalana. Ale nie wszystko stracone! Szybkie oględziny stron portali pogodowych dają szansę na wieczorne przejaśnienia. Plan jest więc prosty – szybki lunch i powrót na projekt. W tym miejscu powinienem chyba zareklamować naleśniki z dżemem w podzamczańskiej Stodole – trzy sztuki i projekt pada w pierwszej wstawce ;] Na deser prowadzę jeszcze bardzo przyjemną kombinację Loża Szyderców VI.5 i ciśniemy kibicować Biało – Czerwonym.

A wracając jeszcze do zawodów w Łodzi – wczoraj pojawił się świetny klip z finałów autorstwa Łukasza „Jankesa” Jankowskiego. Zapraszam więc do krótkiej video relacji:

A na koniec mała autoreklama. Pamiętacie poniższe zdjęcie? Ta skała to Dziewica na Kołoczku, a mój kadr został wybrany do reklamowania naszej polskiej Jury na wystawie CLIMBING GARDENS OF THE WORLD będącej częścią ogromnych targów IGA wystawianych od kwietnia do listopada w Berlinie.

Gdzieś tutaj nasza Jura ze zdjęciem Dziewicy :)

Gdzieś tutaj nasza Jura ze zdjęciem Dziewicy 🙂

Weekend na (VI.)5+

W końcu. W końcu przyszła wiosna i choć w skałach preferuję raczej niższe temperatury, to takiego weekendu jak miniony naprawdę mi brakowało.

Czarek i Ścieżka Chaosu za VI.4. Zegarowa, Smoleń. Na ścianie po prawej od widocznego zacięcia biegnie Najwyższy Czas i Perpetum Debile.

Czarek i Ścieżka Chaosu za VI.4. Zegarowa, Smoleń. Na ścianie po prawej od widocznego zacięcia biegnie Najwyższy Czas i Perpetum Debile.

W sobotę trzeba było co prawda chwilę poczekać aż skała podeschnie, ale po południu wyszło słońce i dzień zakończyłem ze sporym dorobkiem naprawdę pięknych dróg. Aż dziw, że po tylu latach wspinania na Jurze znajduję tu takie perełki.

Jak zwykle nie wszystkim było wystarczająco ciepło ;)

Jak zwykle nie wszystkim było wystarczająco ciepło 😉

...a inni dzielnie walczyli ze słońcem

…a inni dzielnie walczyli ze słońcem

Niedziela to już totalna sielanka. Tłumy ludzi, pełna lampa i piknik pod skałką.

Znajdź jeden niepasujący element

Znajdź jeden niepasujący element

Sielanka sielanką, wspin jednak musi być. Poniżej wrzucam mój weekendowy wykaz wraz z podpisami, bo wydaje mi się że każda z pokonanych przeze mnie dróg zasługuje na komentarz:

Czasoprzestrzeń VI.3+ OS (Zegarowa, Smoleń) – 13 wpinek O_O, ładna, dość ciągowa linia środkiem skały.

Prosty Kant VI.4 OS (Zegarowa, Smoleń) – super ładna, wspinanie po ostrzu filara, na początku w lekkim przewieszeniu na misia. Dobra na onsight

Solaris VI.4+ OS (Słoń, Grochowiec) – bardzo brzydki start i dalej całkiem ładne ciągowe wspinanie po dziurach.

Nabrzmiałe Gruczoły VI.5 2pr RP (Słoń, Grochowiec) – ultra brzydka, odradzam 😛

Perpetum Debile VI.5+ 2pr RP (Zegarowa, Smoleń) – REWELACJA, ścisła czołówka w tej trudności na jurze pod kątem urody. Na dole wspin na misia po obłym filarze zakończony koordynacyjnym ruchem rodem z bulderu po paczkach, dalej lekkie przewieszenie po klamach i na koniec ciąg + techniczny crux po małych chwytach.

Czas najwyższy VI.5+/6 2pr RP (Zegarowa, Smoleń) – też świetna, na początek siłowe przewieszenie, a dalej ultra ciąg po urozmaiconych chwytach, nie nazwałbym jednak tego terenu westowym 😉 Droga sprzed 4 lat, ktoś to robił? Szkoda jedynie, że na dole mocno potraktowana dłutem.

Wiosna w pełni!

Wiosna w pełni!

Margalef – jestem za, a nawet przeciw!

– Gdzie jedziecie na majówkę?

– Do Margalefu, pierwszy raz!

– Co?! To jeszcze tam nie byłeś?!! Jak to możliwe!?

A no nie byłem, a taki mini dialog przeprowadziłem w ostatnich tygodniach naprawdę wiele razy… Cóż tu dużo mówić. Wiosna i jesień to najlepsze na wspinanie w Europie okresy w roku. Nic więc dziwnego, że przez 15 lat zawsze pojawiała się jakaś bliższa, zazwyczaj tańsza, ale i równie kusząca destynacja jak Hiszpania. Zazwyczaj Osp, czasami Franken, Saint Leger, Ceredo, „Kalanki”, Leonidio, Labak, Sycylia, Sardynia, Polska Jura… no dobra, miejscówki nie zawsze były równie kuszące, ale pozostałe dwa warunki raczej spełniały ;].

Wspinanie w sektorze Espadellas

Wspinanie w sektorze Espadellas

Po wielu latach przyszedł jednak czas na pierwszy wspin w Katalonii. A nie, jednak drugi, bo właśnie sprawdziłem, że Terradets też się łapie do tego autonomicznego regionu. W każdym razie pod koniec kwietnia, wraz z ukochaną lądujemy na lotnisku w Barcelonie. Jeszcze tylko klasycznie nocka na terminalu i już możemy odbierać nasze zamówione auto z segmentu „mini”. I tutaj pierwsza niespodzianka. Pani w Europcarze nie może znaleźć kluczyków do naszej fury i w nagrodę daje nam 2 klasy wyższego Seata. Czy ten trip może zacząć się lepiej? Chyba może, po wyjściu z lotniska wita nas wręcz idealna pogoda. Słoneczko, lekka bryza i przyjemne 19 stopni. Najlepiej!

Bolid i mój pilot

Bolid i mój pilot

Taras z widokiem :)

Taras z widokiem 🙂

Dobra, koniec tego przynudzania. Czas na słowo o wspinaniu, bo jest o czym pisać!

Przez 10 wspinaczkowych dni udało nam się zwiedzić całkiem sporo sektorów, zrobić kilkadziesiąt dróg od 6a do 8a+ (moje 8a.nu dla dociekliwych), różniej długości, w różnym przewieszeniu i o zróżnicowanym charakterze. Do tego NIE zrobiliśmy też kilku trudniejszych propozycji (winię za to śródziemnomorską winno – serową dietę ;]), więc bagaż doświadczeń ze wspinania w tym zlepieńcowym rejonie zebrałem całkiem pokaźny. Jak wrażenia? Zacznijmy od wad, żeby na koniec zostało wam pozytywne wrażenie po zaletach. Mnie w każdym razie takie zostało.

Ostra skała i monotonne wspinanie po dziurach. Te dwie cechy mnie tu ewidentnie męczyły. Po niemalże każdej wstawce niezbędna była pomoc cążek, papieru ściernego i tejpa żeby doprowadzić skórę do porządku. Do tego nie raz zamiast walczyć z drogą, musiałem walczyć z bólem skóry i to nie wywołanym pęknięciami czy zdarciem opuszków, a raczej miażdżeniem ciągle tych samych punktów na palcach przez ostre krawędzie dziurek. Monotonne wspinanie to już mniej konkretny zarzut aczkolwiek dla mnie dość poważny. Zdecydowana większość dróg prowadzi tutaj po dziurach i stopniach pracujących od góry. Nie ma oblaków, ścisków, chwytów w plecki, odciągów, rzadko widuje się krawądki, a nogi pomagają mniej więcej tyle co na słynnym Moon Boradzie. Teraz przyznać się, kto na myśl o tym ostatnim pomyślał – „idealnie!”;]. Nie bez przyczyny na początku tego akapitu napisałem o „cechach”, a nie „wadach”, w końcu czyż to nie jeden z piękniejszych elementów wspinania, że każdy może znaleźć coś dla siebie, w swoim stylu? Na koniec tej mocno subiektywnej grupy „cech negatywnych” dorzucę jeszcze jedną – niewielką liczbę długich dróg (kto tym razem?). Cóż mogę poradzić, że większą przyjemność sprawia mi przedrałowanie 40m niż jedynie 20 , a właśnie tej długości jest zdecydowana większość linii w Margalefie.

Leszek podczas wieczornego przejścia Miguel el Casero 7c+

Leszek podczas wieczornego przejścia Miguel el Casero 7c+

Ok, czas na zalety. Tutaj będzie chyba bardziej obiektywnie: ogromna liczba dróg, brak wyślizgu, brak tłumów w skałach, czytelne na onsight drogi, wszystkie wystawy, praktycznie brak podejść, ładne krajobrazy, dwa super tanie campy czy bliskość wielu świetnych rejonów (jakby ktoś miał dość dziurek). Jak widzicie ta grupa jest trochę większa, choć moje „zarzuty” są całkiem poważne i z tego względu nie mogę zaliczyć Margalefu do swojego top 3. Nie zmienia to jednak faktu, że pewnie znalazłby się tuż za nimi, a we wspomnianym top 3 nie mam już zbyt wiele do zrobienia. Podsumowując –  Margalef odwiedzę jeszcze nie raz!

No dobra był jeden chłodny dzień ;)

No dobra był jeden chłodny dzień 😉

Zazwyczaj było jednak wakacyjnie

Zazwyczaj było jednak wakacyjnie

Wściekłe Psy

„Dawaj na Bloco, w skałach będzie lało” – ciężko było opędzić się od tych słów przed minionym weekendem. Na szczęście sceptycy byli w błędzie, bo Podlesice powitały nas przyjemną temperaturą i przebijającym się przez chmury słońcem. Słowem – warun idealny!

Nie ukrywam, że wybór Góry Zborów nie był przypadkowy, a plan na sobotę dość prosty – Wściekłe Psy VI.6+. Droga padła w trzeciej próbie dnia, w klasycznym Madejowym stylu – „telepało go od początku ale urobił”.  Jako, że to przejście wiele dla mnie znaczy postanowiłem lekko rozwinąć całą historię…

Wściekłe Psy - fot. Maciek Ostrowski

Wściekłe Psy – fot. Maciek Ostrowski

Wściekłe Psy na Turni nad Kaskadami to wielki klasyk Podlesic i najtrudniejsza droga Góry Zborów (wraz z kombinacją Pawła Wyrwy – Kill Bill). Autorem tej mocno bulderowej linii jest nie kto inny jak słynny autor i pogromca takich klasyków jak Tyranozaurus Rex i Sportland na MściwojaKuba Rozbicki. Droga powstała w 2001 roku, czyli mniej więcej wtedy gdy zaczynałem się wspinać. Nie małe wrażenie zrobiło na mnie 5 lat później pokonanie drogi przez Ziółka, a wiszące niegdyś na banerze podlesickiego sklepu zdjęcie pamiętam do dziś. Zresztą wspomniane fotki Wojtka Barczyńskiego możecie jeszcze znaleźć tu(klik).

Wściekłe Psy i Kuba Ziółkowski - fot Wojtek Barczyński, 2006 rok

Wściekłe Psy i Kuba Ziółkowski – fot Wojtek Barczyński, 2006 rok

Nadszedł rok 2013 (mniej więcej), a ja postanowiłem sprawdzić czy mam czego szukać na owianej legendą drodze. Wystarczyła jedna wstawka. Nie miałem. Psy wydały mi się znacznie trudniejsze niż pokonany tego roku Sportland, a plany przejścia musiałem odłożyć na przyszłość. Po dwóch latach wróciłem silniejszy i znowu jedna wstawka. Nie. Tym razem dwie, bo może byłem niedogrzany ;] I znowu porażka. I jak już się domyślacie, 2 lata później (czyli w zeszłą sobotę) postanowiłem wybadać temat ponownie i… przełom! Od razu sklejam wszystkie ruchy, bulder zacykany, pora wrócić za tydzień.

Sportland Na Mściowoja, Psy idą dokładnie 2 metry w prawo - fot. Wojtek Ryczer, 2013r

Sportland Na Mściowoja, Psy idą dokładnie 2 metry w prawo – fot. Wojtek Ryczer, 2013r

Dalszą część tej przydługiej historii już znacie. W ostatecznym rozrachunku na Wściekłych Psach miałem zaledwie kilka prób, nie więcej niż na Sportlandzie i Hipnofotofilii (też VI.6+ i też Kuby!!!), ale przygoda trwała wiele lat, dzięki czemu sukces smakuje naprawdę doskonale. No i mam już na koncie całą tetralogię Rozbickiego. Dzięki Kuba za te drogi!

Robert Pietkiewicz na Pajączkach

Robert Pietkiewicz na Pajączkach

Niedziela to już mniej ekstremalne wspinanie na Kołoczku. W szybkim RP rozprawiam się z Aguirre – Gniew Boży, dziwną drogą – trawersem za VI.5+ (hard). Aha i gratki dla Robercika za stylowe przejście Pajączków!

Robert Pietkiewicz na Pajączkach

Robert Pietkiewicz na Pajączkach

Na dobry początek – Jura!

Czyż to nie było najpiękniejsze rozpoczęcie jurajskiego sezonu ever?! Piękne słońce, lekki wiaterek, nie za gorąco, mnóstwo znajomych w skałach, darmowe ciasto w Trafo, tłumy przy ogniskach, mała kolejka w Kroczycach, no po prostu idealnie!

<3

Sobotę, zgodnie z dyrektywami Uukochanej spędziliśmy „gdzieś gdzie można się wygrzać”, czyli na starej dobrej Górze Zborów. Jak się okazało ze względu na pogodę, pomysł ten był dość szalony, ale o dziwo razem z nami wpadło na niego pół Warszawy.

Cygańskie obozowisko

Cygańskie obozowisko

Michał Przybyło walczy z Grekiem Korbą

Michał Przybyło walczy z Grekiem Korbą

Inauguracyjna droga? Powrót do pierwszych wspinaczkowych kroków i Nikodemówka! Zapomniałem jak ładne może być rzymskie pięć! Po dogrzewce zachęcony słowami jurajskiego mistrza Jajanka oraz pięknym przejściem flash w wykonaniu nie mniejszego wygi Grześka Napory, uderzam na świeżutką drogę tego pierwszego (tuż obok Idą Łysi). Wściekłe Pięści Węża powstały tydzień temu i oscylują wokół cyferki VI.4+. Jak to zwykle bywa z drogami Jajanka, także i ta oferuje bardzo ciekawe, nietypowe dla Jury wspinanie. Zdecydowanie polecam!

Janek Sokołowski i jego

Janek Sokołowski i jego „Wściekłe Pięści Węża” VI.4+

Plecy opalone, drogi porobione i nawet jakieś projekty otwarte. Zawijka do trafo i na ognisko. Niedzielę zaczynamy dość wcześnie, bo w planach premierowa wizyta na Goncerzycy, a tam podobno nie da się trafić. Wspierani zdobyczami współczesnej techniki, podłączeni do satelitów, szczęśliwie kładziemy kres tym plotkom i dość sprawnie lądujemy pod imponującym trzydziestometrowym masywem. Na niektórych drogach przydałaby się stalowa szczota (mchy), ale największe klasyki mają tutaj zdecydowanie pięć gwiazdek!

Reductio ad absurdum VI.4 na Goncerzycy, fot. Maciek Ostrowski

Reductio ad absurdum VI.4 na Goncerzycy, fot. Maciek Ostrowski

Na koniec wpadamy jeszcze na Grochowiec, gdzie kolejny raz przekonuję się o wielkiej klasie Tańca ze Słoniem. To tyle, do zobaczenia za tydzień!

Fotografia okiem wspinacza

Autoportret – teraz mawiają na to selfie 😉

Autoportret – teraz mawiają na to selfie 😉

Urodzony w analogowych latach 80-tych, większość życia spędziłem jednak w erze cyfrowej i właśnie z tej ery pochodzą moje pierwsze wspinaczkowe doświadczenia z fotografią.
Na początek proponuję małą podróż w czasie. Mamy rok 2005, a ja jako 16-letni członek Agamy wybrałem się razem z sekcją na wakacje do francuskiego Ailefroide. Rodzice chyba darzyli mnie sporym zaufaniem, bo do wyjazdowej wyprawki dołączyli mi swojego świeżo zakupionego, cyfrowego Olympusa. Pomysł rewelacyjny, jednak szybko się okazało, że na mojej (całkiem pojemnej jak na tamte czasy) 128mb karcie pamięci zmieści się mniej więcej tyle samo zdjęć co megabajtów. Sto trzydzieści zdjęć na trzy tygodnie wyjazdu?! Teraz byłoby to nie do pomyślenia, nawet z telefonem w roli aparatu, jednak wtedy zaowocowało to czymś co po dziś dzień uważam za swoją najlepszą fotorelację z tripa i jeśli miałbym kogoś zapraszać na pokaz slajdów, to folder Ailefroide05 prezentowałoby mi się najłatwiej.

Ailefroide 2005, prawie wszyscy z tego zdjęcia nadal się wspinają!

Ailefroide 2005, prawie wszyscy z tego zdjęcia nadal się wspinają!

Trochę odbiegłem od tematu tego tekstu, powyższa historia miała jednak na celu ukazanie Wam jednej z ważniejszych rzeczy w fotografii, nie tylko tej wspinaczkowej. Chodzi o dbanie o każdy kadr. Oczywiście, zarówno 16letni jak i obecny Stefan mógł sobie strzelić kilka ujęć danego fotografowanego obiektu, a później metodą eliminacji wybrać najlepszy i jest to niewątpliwie jedna z największych zalet fotografii cyfrowej. Wierzcie mi jednak na słowo, że jeśli przed każdym wciśnięciem spustu migawki wyobrazicie sobie, że efekt swojej pracy zobaczycie dopiero po wywołaniu kliszy, to zastanowicie się trzy razy czy aby na pewno dane ujęcie chcecie złapać tak a nie inaczej, co z pewnością przełoży się na wyższą jakość finalnego dzieła.

2013 rok, Góra Zborów – czasem warto też być w odpowiednim miejscu i czasie

2013 rok, Góra Zborów – czasem warto też być w odpowiednim miejscu i czasie

Zostawmy jednak za sobą ten przydługi wstęp i przejdźmy do rzeczy. Zostałem w końcu poproszony o opisanie pracy fotografa-wspinacza (kolejność losowa ;]) na wyjazdach w skały. Jeśli czytacie ten tekst od początku to pewnie już się zorientowaliście, że nie podchodzę do tematu sztampowo. Nie znajdziecie tutaj złotych porad jak zrobić zdjęcie na okładkę „Gór”, „BUKI” czy na profilowe na fejsie. Najważniejszą poradę zamieściłem we wstępie, a dalej skupię się raczej na ukazaniu mojej pracy od kuchni.

Ta sama skała (Dziewica) ale z drugiej strony. W akcji Arek Smaga.

Ta sama skała (Dziewica) ale z drugiej strony. W akcji Arek Smaga.

Opis klasycznego dnia zacznę od tego co najgorsze – podejścia. Jako klasyczny wspinacz sportowy, wychowany na zasadach prawdziwego warszawskiego samuraja Remiego (nadal dzierży najwyższą Warszawską cyfrę, więc jest od kogo się uczyć) staram się kumulować życiową energię na wspinanie, a nie trwonić ją na inne aktywności jak np. bieganie czy podejścia. Dlatego też w Ceuse byłem tylko raz i tylko 4dni i dlatego cierpię podwójnie każdego dnia dźwigając cały foto sprzęt pod skałę. Nie mogę jednak dopuścić do sytuacji, że umknie mi kadr życia, więc aparat mam zawsze ze sobą! Do tego małpa, taśmy, czasem druga lina itp., wiadomo. Kiedyś zdarzyło mi się nawet zabierać dodatkowe ciuchy dla „modela” w razie gdyby pojawił się w niewyjściowych 😉

Dwójka moich ulubionych modeli – Ewcia i Konrad :]

Dwójka moich ulubionych modeli – Ewcia i Konrad :]

Kolejna kwestia – małpowanie. Jak wiadomo im wyżej jesteście (Ty i wspinacz) tym lepiej, przynajmniej zazwyczaj. I tutaj pojawia się częsty dylemat fotografa. Czy zrobić średnie fotki z tej krótkiej drogi/ dolnego cruxa, czy raczej stracić nogi, chęć do życia i czas na wstawkę na pałowanie 40metrów w poszukiwaniu ujęcia idealnego. Nie wspominając już o czasie spędzonym we wżynającej się w uda i biodra uprzęży. Dodatkowo nie raz spotkałem się z sytuacją gdy wspinacz hacząc drogę do miejsca przeze mnie wyznaczonego, nie był w stanie porobić sekwencji mimo, że całość przeszedł w ciągu nie dalej jak dwa dni temu. I wtedy czekamy, a krew z nóg powoli odpływa i to słońce świeci tak mocno… Na domiar złego jakiś upalony Hiszpan, wykrzykuje na dole że mu blokujemy projekt, a jechał na niego z domu aż półtorej godziny. No nic, drugi raz tu nie wylezę, więc ignorując narwańca i jego szczekającego psa staram się w pozycji klucza wiolinowego – z głową do dołu, biodrem zatartym o tufę i nogą podhaczoną o ekspres z drogi obok – znaleźć idealną pozycję do tego jedynego kadru.

Julka na zdjęciu z zeszłych wakacji, a za obiektywem ja wisząc do góry nogami…

Julka na zdjęciu z zeszłych wakacji, a za obiektywem ja wisząc do góry nogami…

Ostatecznie ogłaszam sukces, zjeżdżam na ziemię i po 15min przerwie na odzyskanie czucia w nogach zabieram się powoli za powrót do baru na obiecane mi za zdjęcia zimne piwo – w końcu wspinać się już nie dam rady. Sesja skończona, pozostaje jeszcze tylko spędzić 5godzin w „cyfrowej ciemni” zastanawiając się czy balans bieli na skali od 1 do 10k ustawić na 3250 czy 3255 i owoce pracy gotowe. Wysyłam je do modela i w duchu liczę, że po trafieniu do internetów zostaną przynajmniej podpisane…

Na szczęście nie zawsze trzeba gdzieś małpować żeby ustrzelić dobry kadr. Na zdjęciu Kipras Baltrunas w finale warszawskich zawodów Bloco Masters 2016.

Na szczęście nie zawsze trzeba gdzieś małpować żeby ustrzelić dobry kadr. Na zdjęciu Kipras Baltrunas w finale warszawskich zawodów Bloco Masters 2016.

Na koniec, zrywając już z lekko satyryczną konwencją, chciałbym bardzo podziękować wszystkim tym, którzy zgodzili się zostać uwiecznionymi na moich zdjęciach. Wiem, że i dla was nie rzadko wiązało się to z dużym wysiłkiem, ale mam nadzieję, że było warto. Do zobaczenia na następnych wyjazdach!

P.S.
Powyższy artykuł ukazał się w styczniu tego roku na łamach Crag Magazine.